Biografia
Włóczęga
Najwcześniejsze wspomnienia Berholta nie pochodzą z jednego domu. Pamięta cudze stodoły, szopy przy karczmach, wnęki pod mostami i kuchenne progi, na których pozwalano mu przespać noc w zamian za narąbane drewno. Jako nastolatek znał drogi lepiej niż ludzi. Umiał rozpoznać osadę, w której dostanie miskę polewki, i taką, z której psy wypuszczano jeszcze przed zachodem słońca.
Żebrał, ale rzadko kłamał. Nie wymyślał chorej matki ani rodzeństwa czekającego na chleb. Mówił, że jest głodny i nie ma gdzie spać. Ta prostota jednych rozbrajała, innych złościła. Berholt szybko nauczył się, że ludzie chętniej pomagają nieszczęśnikowi z dobrą historią niż chłopakowi, który bez wstydu przyznaje, że po prostu nic nie ma. Mimo to nie potrafił długo udawać. Jeśli obiecał pracę za posiłek, wykonywał ją do końca, nawet gdy gospodarz próbował go potem odprawić bez zapłaty.
Życie na trakcie zahartowało go fizycznie. Nosił worki, pomagał przy wozach, wyciągał zwierzęta z błota i uciekał przed ludźmi, którzy uznawali bezdomnego chłopaka za łatwego winowajcę. Nie miał wykształcenia, lecz dobrze czytał twarze i ton głosu. Szybko rozpoznawał, kto naprawdę chce pomóc, kto oczekuje wdzięczności, a kto szuka kogoś słabszego, na kim może wyładować złość.
Z tego okresu pochodzi jego niechęć do konwenansów. Berholt widział, że grzeczne słowa często osłaniają chciwość, a człowiek mówiący szorstko może podzielić się ostatnim chlebem. Do dziś bardziej ufa prostemu targowi niż uprzejmej obietnicy. Woli usłyszeć odmowę niż obietnice, za którą kryje się drugie dno.
Podążyć za Ivardem
Ivarda spotkał na rozmokłym trakcie, gdy próbował wyprosić jedzenie od kupców, którym właśnie pękła oś wozu. Wiedźmin zatrzymał się tylko po to, by obejrzeć ślady potwora krążącego wokół taboru. Berholt pomógł naprawić koło, a potem bez pytania ruszył za nim. Początkowo liczył na monetę albo ciepły posiłek. Po dwóch dniach szedł już dlatego, że Ivard był pierwszym człowiekiem, którego życie wydawało mu się całkowicie własne.
Ivard kilkakrotnie próbował się go pozbyć. Kazał mu wracać, przyspieszał marsz, wybierał boczne ścieżki i raz zostawił go śpiącego w stogu siana. Berholt za każdym razem odnajdywał trop. Nie błagał o przyjęcie ani nie snuł opowieści o przeznaczeniu. Niósł drewno, czyścił garnki, pilnował juków i pytał o wszystko, co widział. Gdy Ivard odpowiadał, chłopak pamiętał. Gdy milczał, Berholt szedł dalej.
Upór chłopaka był męczący, ale użyteczny. Podczas jednego z postojów Berholt zauważył, że od kilku dni nie widują ptaków, choć las powinien być ich pełen. Nie znał przyczyny, lecz powiedział o tym bez zwłoki. Ostrzeżenie pozwoliło Ivardowi ominąć legowisko potwora, na którego nie był przygotowany. Wiedźmin nie pochwalił go. Następnego ranka przestał jednak nakazywać mu odejść.
Do Kaer Morhen Ivard zabrał go, jak później utrzymywał, wyłącznie dla świętego spokoju. Berholt przyjął tę wersję bez urazy. Wiedział, że gdyby naprawdę był niechciany, Ivard zostawiłby go wiele tygodni wcześniej. Sam fakt, że wiedźmin pozwolił mu iść obok siebie aż do warowni, znaczył więcej niż czułe zapewnienia, których żaden z nich nie potrafiłby wypowiedzieć.

Kaer Morhen
Wiedźmińska szkoła po raz pierwszy dała Berholtowi stały dach, regularne posiłki i ludzi, których każdego ranka spotykał w tym samym miejscu. Nie uczyniło go to spokojniejszym. Bał się, że każdy przywilej może zostać odebrany, jeśli okaże się zbyt słaby albo zbyt wolny. Na ćwiczeniach rzucał się więc naprzód z energią kogoś, kto chce udowodnić, że miejsce w którym jest mu się należy.
Fechtunek przychodził mu naturalnie. Miał dobrą równowagę, sprawne ciało i wytrzymałość zbudowaną podczas lat marszu. Nie był najbardziej eleganckim z uczniów, ale szybko rozumiał, po co wykonuje się dany ruch. Jeśli instruktor pokazał mu błąd w praktyce, Berholt poprawiał go niemal od razu. Gorzej radził sobie przy stole zasłanym księgami.
Nazwy potworów mieszały mu się, receptury eliksirów wyglądały jak szyfry, a teoria znaków drażniła go abstrakcyjnym językiem. Nawet gdy się przykładał i potrafił powtórzyć wykład słowo w słowo, nie rozumiał często, co łączy poszczególne zasady. Kiedy wstydził się niewiedzy, odpowiadał żartem albo udawał, że wiedza nie jest mu potrzebna. Instruktorzy widzieli jednak, że jego problemem nie jest lenistwo. Berholt uczył się dobrze dopiero wtedy, gdy każda reguła miała konkretny przykład albo historię.
Wśród pozostałych chłopców szybko zdobył sympatię. Nie wyśmiewał cudzych błędów, chętnie brał na siebie dodatkową wartę i dzielił się tym, co udało mu się zdobyć. Jeśli czegoś nie rozumiał, często okazywało się, że potrafi rozładować napięcie lepiej niż ktoś, kto znał odpowiedź. Jeszcze przed mutacjami był tym, przy którym inni siadali po ciężkim treningu.
Korepetycje u Lysandry
Lysandra pojawiła się w Kaer Morhen jako czarodziejka współpracująca z wiedźminami przy badaniu mutacji i znaków. Była piękna, pewna siebie i przyzwyczajona do ludzi, którzy starali się jej zaimponować. Berholt wyróżniał się tym, że początkowo nawet nie umiał ukryć onieśmielenia. Gdy czegoś nie rozumiał, patrzył na nią z mieszaniną zachwytu i irytacji, jakby to skomplikowana mowa była dla niego osobistą obrazą.
Lysandra szybko zauważyła, że tradycyjne wykłady niewiele mu dają. Zaczęła tłumaczyć znaki poprzez ruch i ćwiczenia na dziedzińcu. Aard porównała do pchnięcia drzwi całym ciałem, bez dotykania drewna. Yrden kazała mu wyobrażać sobie jako obietnicę złożoną ziemi: cokolwiek wejdzie w wyznaczony krąg, zostanie na moment związane jego zasadami. Berholt po raz pierwszy zrozumiał, że znak nie jest gestem do bezmyślnego powtarzania.
Korepetycje przedłużały się również wtedy, gdy materiał był już opanowany. Berholt szukał pretekstów, by zadawać kolejne pytania. Lysandra poprawiała jego wymowę, kazała mu czytać prostsze fragmenty traktatów i nie pozwalała zasłaniać niewiedzy żartem. Czasami drwiła z niego łagodnie, czasami pozwalała mu myśleć, że ją zaskoczył. Czy widziała w nim kogoś więcej niż interesującego ucznia i przyjemne towarzystwo, nigdy nie powiedziała wprost.
Dla Berholta wątpliwości nie miały znaczenia. Zakochał się w kobiecie, która jako pierwsza pokazała mu, że nie jest głupi, lecz potrzebuje innego sposobu nauki. Zyskała przez to wpływ, którego nie miała żadna późniejsza kochanka. Każde intelektualne osiągnięcie mierzył odtąd pytaniem, czy Lysandra uznałaby je za warte uwagi.

Próba Traw
Do Próby Traw Berholt przystąpił wraz z sześcioma chłopcami, z którymi trenował, jadł i dzielił strach. W dniach poprzedzających mutacje zachowywał się najgłośniej ze wszystkich. Opowiadał żarty, planował przyszłe łowy i obiecywał, że po wszystkim wyniesie słabszych kolegów z laboratorium na własnych plecach. Nikt mu nie przypomniał, że w czasie próby nie będzie mógł pomóc nawet sobie.
Pierwszy chłopiec zmarł, zanim gorączka Berholta osiągnęła szczyt. Następni odchodzili jeden po drugim. Berholt słyszał urwane oddechy, kroki opiekunów i coraz dłuższe chwile ciszy. W pewnym momencie próbował się podnieść, przekonany, że musi dotrzymać obietnicy. Pasy przytrzymujące go przy stole nie puściły, a jego ciało nie było już zdolne do ruchu.
Przeżył jako jedyny. Po odzyskaniu świadomości pytał o pozostałych, dopóki ktoś nie odpowiedział mu wprost. Nie krzyczał i nie płakał. Przyjął wiadomość z nieruchomą twarzą, a później poprosił o wodę. Kiedy Ivard próbował powiedzieć, że nikt nie mógł przewidzieć wyniku, Berholt odpowiedział tylko: takie życie.
Słowa zostały z nim na zawsze. Na zewnątrz nadal był towarzyski, skory do żartu i łatwy do polubienia. Wewnątrz coś jednak zgasło. Rozumiał, że śmierć niewinnych jest zła, lecz nie potrafił już zatrzymać się przy cudzym bólu. Zamiast współczucia rozwinął zasady. Nie krzywdził bez powodu, dotrzymywał słowa i stawał przeciw oszustwu, ponieważ wiedział, że tak należy postąpić. Rzadko robił to dlatego, że cudze cierpienie poruszało jego serce.
Pamięć o chłopcach wracała przede wszystkim nocą. Berholt odkrył wtedy, że alkohol potrafi skrócić drogę od czuwania do snu. Początkowo pił po rocznicach i ciężkich polowaniach. Z czasem przestał potrzebować szczególnego powodu.

Pierwsze lata na szlaku
Po opuszczeniu Kaer Morhen Berholt przyjął życie na szlaku bez żadnego oporu. Wędrowanie znał od dzieciństwa, a teraz po raz pierwszy miał fach, uzbrojenie i prawo żądać zapłaty. Nie potrzebował stałego domu. Potrzebował drogi, zlecenia i jasnej umowy.
Przydomek Poczciwy nie narodził się z jednego wielkiego czynu. Powtarzali go ludzie, którzy odkrywali, że wiedźmin rzeczywiście wraca po obiecaną zapłatę dopiero po wykonaniu pracy, nie zawyża ceny po zobaczeniu strachu zleceniodawcy i nie obiecuje bezpieczeństwa, jeśli nie potrafi go zapewnić. Berholt bywał opryskliwy, lecz można było wierzyć jego słowu.
Wśród chłopów czuł się swobodniej niż wśród możnych. Znał wstyd człowieka proszącego o pomoc bez pieniędzy i wiedział, jak łatwo uczony język staje się narzędziem przewagi. Pytał więc o proste szczegóły: kiedy zginęła pierwsza krowa, jak pachniało miejsce, czy psy szczekały i kto ostatni wrócił z lasu. Nie wymagał, by rozmówca znał nazwę potwora. Sam dopasowywał opowieść do tropów.
Z biegiem lat zebrał historię na niemal każdą bestię. Nie wszystkie były bohaterskie. Jedną strzygę wypłoszył z krypty przez przypadek, kiedy przewrócił lampę. Z cmentarnego babola uszedł, porzucając but. Innym razem przez pół dnia szykował się na leszego, by odkryć starego jelenia z porożem obwieszonym sznurkami przez miejscowe dzieci. Berholt opowiadał także o własnych pomyłkach, dlatego ludzie chętniej wierzyli, gdy mówił, że tym razem jest pewien tropu.
Pijaństwo w Błękitnej Przystani
Błękitna Przystań była gospodą stojącą przy ruchliwym rzecznym nabrzeżu. Nazwę zawdzięczała wyblakłej tablicy przedstawiającej niebieski żagiel, choć miejscowi twierdzili, że naprawdę chodzi o kolor twarzy ludzi wyciąganych zimą z wody. Gdy Berholt tam przybył, w ciągu miesiąca zniknęło czterech tragarzy. Zarządca portu uznał, że pijani wpadli do rzeki, i nie zamierzał płacić wiedźminowi za poszukiwanie ciał.
Berholt nie zaczął od oględzin brzegu. Usiadł z tragarzami i oznajmił, że będzie pił tak długo, aż ktoś powie mu coś użytecznego. Przez dwie noce słuchał sprzecznych historii, uczestniczył w zakładach i pozwalał, by każdy rozmówca sądził, że to właśnie jego wersja przekonała wiedźmina. Nie udawał trzeźwego. Potrafił jednak zapamiętać powtarzające się drobiazgi: metaliczny zapach w magazynie, zadrapania na belkach i ciszę psów przed każdym zaginięciem.
W zamkniętym magazynie po błękitnym barwniku znalazł ekimmę. Potwór polował na ludzi opuszczających gospodę samotnie, a ciała wciągał pod podłogę starego składu. Berholt przygotował pułapkę jeszcze przed świtem. Walczył z bólem głowy, drżeniem rąk i obrzydliwym smakiem w ustach, ale zabił bestię, zanim pierwsi robotnicy przyszli do pracy.
Zarządca portu próbował odmówić zapłaty, twierdząc, że nie zlecał polowania. Tragarze z Błękitnej Przystani złożyli się na część należności, a właściciel gospody dołożył antał własnego bimbru. Berholt przyjął alkohol, lecz nie pieniądze robotników. Powiedział zarządcy, że prawdę o magazynie i jego zaniedbaniach opowie każdemu statkowi zawijającemu do portu. Zapłata znalazła się jeszcze tego samego dnia.
Historia uczyniła z Berholta człowieka mile widzianego w portowych karczmach. Jemu samemu udowodniła coś bardziej niebezpiecznego: potrafił pić przez dwa dni, a mimo to rozwiązać sprawę i zabić potwora. Od tej pory łatwiej było mu nazywać alkohol narzędziem pracy, nie uzależnieniem. Przepis z Błękitnej Przystani stał się podstawą bimbru, który później zaczął pędzić sam.

Solidarność z mieszkańcami Podborza
Do Podborza sprowadziły go trupojady żerujące w parowie za wsią. Miejscowi wiedzieli, skąd się wzięły. Ludzie zarządcy pobliskiego majątku zrzucali tam ciała zmarłych włóczęgów i skazańców, żeby nie płacić za pochówek. Kiedy bestie zaczęły podchodzić pod zabudowania, ten sam zarządca zażądał od chłopów dodatkowej daniny na wynajęcie ochrony.
Berholt nie przejął się płaczem ani opowieściami o strachu dzieci. Poruszyło go co innego: zarządca próbował pobrać zapłatę za problem, który sam stworzył, a następnie zatrzymać część pieniędzy przeznaczonych dla wiedźmina. Berholt uznał układ za zwyczajne oszustwo. Oświadczył, że on umawiał się z mieszkańcami Podborza, a nie z człowiekiem, który rościł sobie prawo do ich reprezentowania.
Przez kilka dni mieszkał razem z chłopami. Pomagał wzmacniać ogrodzenia, pokazywał, jak palić zwłoki trupojadów, i wysłuchiwał wszystkich, którzy mieli coś do powiedzenia o parowie. Nie wygłaszał mów o sprawiedliwości. Jadł z nimi, klął na pogodę i mówił dokładnie, czego potrzebuje. Mieszkańcy szybko uznali go za swojego wiedźmina, ponieważ nie traktował ich jak przestraszonego tłumu, lecz jak ludzi uczestniczących w polowaniu.
Po wybiciu gniazda Berholt zaniósł zarządcy odciętą głowę ghula i zażądał pełnej kwoty wraz z kosztem pogrzebania szczątków. Kiedy usłyszał odmowę, usiadł przed dworem, otworzył antał i zaczął opowiadać przyjezdnym kupcom, dlaczego okolica cuchnie trupami. Trzeciego dnia pieniądze zostały wypłacone. Berholt zatrzymał uzgodnioną część, a resztę oddał mieszkańcom na zabezpieczenie parowu.
Nie uważał tego za dobroczynność. Umowa była jasna, a zarządca próbował ją wypaczyć. Podborzanie pamiętali jednak, że wiedźmin stanął obok nich, gdy człowiek posiadający władzę liczył na ich milczenie. Od tej chwili w wielu wsiach witano Berholta jak kogoś, kto zna wartość chłopskiego słowa lepiej niż pieczęć możnego.

Wiedźmini na wspólnym szlaku
Przez pewien czas Berholt nie brał zleceń samotnie. Razem z Lisem, Kotem i Krukiem korzystał z usług pośrednika zajmującego się organizowaniem większych robót dla grup wiedźminów. Berholt nie pamięta dziś jego imienia. Pamięta za to, że dzięki niemu czterech wiedźminów o różnych temperamentach przez jakiś czas jeździło od zlecenia do zlecenia jako jedna kompania.
Pierwsza z lepiej zapamiętanych wspólnych robót zaprowadziła ich na pogranicze Koviru i Redanii. Wojna wisiała w powietrzu, pomiędzy państwami ciągnął się pas ziemi niczyjej, a w pobliżu traktu stała kovirska fortyfikacja. Wozy przejeżdżające przez okolicę zaczęły padać ofiarą wyvern.
Już oględziny ofiar wzbudziły wątpliwości. Ślady nie pasowały do prostego obrazu polujących wyvern, a same bestie zachowywały się tak, jakby coś wypchnęło je z ich zwykłych terenów. Wiedźmini postanowili ruszyć w góry i znaleźć przyczynę.
Lyrra
Przed wyprawą zatrzymali się w kovirskim forcie. Tam Berholt poznał Lyrrę, zielarkę, którą szybko ujęła jego prostolinijność. Nie próbował jej imponować ani udawać kogoś bardziej wyrafinowanego. Spędzili razem wieczór i noc, po czym Berholt ruszył z pozostałymi wiedźminami w góry, traktując spotkanie jak jedną z tych znajomości, które zdarzają się na szlaku.
Nie wiedział, że Lyrra znalazła się w forcie z konkretnym zadaniem. Szpiegowała stacjonujących tam ludzi dla Villentretenmertha, legendarnego złotego smoka, któremu była oddana.
Złoty smok i królewska mantikora
W górach wiedźminów powitał na skale nieznajomy mężczyzna. Kot niemal przejrzał jego przebranie, lecz gospodarz sam wyjaśnił sprawę, zapraszając ich do swojej siedziby. Tam przyjął ich już w prawdziwej postaci. Nieznajomym był Villentretenmerth.
Wiedźmini nie mieli ze złotym smokiem zatargu, a on nie dawał im powodu do walki. Przeciwnie, potwierdził ich podejrzenia. Wyverny nie zaczęły napadać na wozy z własnej woli. Z wyższych partii gór wypierała je królewska mantikora. Zabicie kilku wyvern usuwałoby skutek, ale nie przyczynę problemu.
W siedzibie smoka Berholt ponownie zobaczył Lyrrę i dopiero wtedy poznał jej prawdziwą rolę. Nie przeszkodziło to wiedźminom w przygotowaniu polowania. Plan zakładał wywabienie mantikory na most i zawalenie konstrukcji pod bestią. Mantikora okazała się jednak zbyt szybka i przygotowany plan rozsypał się w trakcie walki.
Pozostała improwizacja. Wspólne działania wiedźminów stworzyły Berholtowi okazję do zadania kończącego ciosu. Gdy mantikora odsłoniła paszczę, wbił miecz w jej otwarte gardło. Bestia padła, ale Berholt został ranny.
Lyrra opatrzyła go i doprowadziła do zdrowia. Nadal zauroczona wiedźminem zdecydowała się ruszyć z nim dalej. Za zgodą Villentretenmertha opuściła jego ludzi i kiedy Berholt, Lis, Kot i Kruk schodzili z gór po wykonanym zleceniu, mieli już nową towarzyszkę.

Spaleniec
Kolejna robota zaprowadziła grupę do osady drwali. Już przy wjeździe zobaczyli pożar. Berholt rzucił się w płomienie i wyciągnął z nich człowieka. W tym samym czasie Kot zauważył cień przemykający po niebie i ruszył za nim, lecz zgubił trop.
Po ugaszeniu pożaru wiedźmini spotkali się w karczmie. Berholt spił się i niemal całkowicie ignorował Lyrrę, która nie kryła niezadowolenia. Mimo tego grupa uzgodniła podział zadań. Berholt i Lis ruszyli do kaplicy, gdzie kapłanka opatrywała rannych, podczas gdy pozostali badali ślady i zbierali historię osady.
Kaplica przyniosła niespodziewane odkrycie. Mieszkająca tam kobieta okazała się wyższą wampirzycą. Wiedźmini nie znaleźli jednak dowodów, by krzywdziła mieszkańców albo miała związek z pożarami. Uznali więc, że nie jest ich problemem. Sam fakt, że ktoś jest potworem, nie wystarczał im za powód do zabijania.
Prawdziwy trop prowadził w przeszłość osady. Przed laty o podpalenia oskarżono chłopca i spalono go na stosie. Dochodzenie wykazało, że skazano niewinnego. Jego krzywda nie skończyła się wraz ze śmiercią i chłopak powrócił jako spaleniec.
Wiedźmini nie próbowali rozwiązać sprawy samym mieczem. Odkryli, że prawdziwym podpalaczem był drwal Jaromir. Ujawnienie winnego dopełniło sprawiedliwości, której chłopiec nie doczekał za życia. Spaleniec odszedł, a wampirzyca pozostała w kaplicy, ponieważ nie zrobiła niczego, za co wiedźmini mieliby ją ścigać.
Po wszystkim Lyrra wybaczyła Berholtowi zachowanie z karczmy. Ruszyła dalej razem z nim i pozostałymi wiedźminami.

Opętana twierdza
Następne zlecenie miało dotyczyć utopców w pobliżu twierdzy na wyspie. W zamku przygotowywano ślub młodych przedstawicieli dwóch od dawna zwaśnionych rodów. Narzeczeni, niczym bohaterowie starej tragedii, zakochali się mimo rodzinnej nienawiści, a ich małżeństwo dawało szansę na zakończenie wieloletniego konfliktu.
Jeszcze przed dotarciem do zamku grupa została napadnięta przez bandytów. Lyrra ucierpiała i straciła przytomność. Kiedy wiedźmini dotarli do twierdzy, pozostała nieprzytomna na wozie.
Na miejscu szybko okazało się, że utopce nie są prawdziwym problemem. Zamek nawiedzały dwie zjawy związane z historią zwaśnionych rodzin: kobieta oraz duch dawnego lorda. Ich obecność wiązała się z dawną zbrodnią, która nigdy nie została sprawiedliwie rozliczona.
Jeden z żyjących członków rodziny odpowiadał za śmierć kobiety. Teraz zamierzał powtórzyć dawny schemat przemocy: pragnął panny młodej dla siebie i planował otruć jej narzeczonego. Duch byłego lorda chciał zemsty, lecz jego gniew zagrażał znacznie większej liczbie ludzi niż samemu sprawcy.
Wiedźmini odkryli, że do zakończenia nawiedzenia wystarczy doprowadzić do zemsty na człowieku odpowiedzialnym za śmierć kobiety. Pozostawało tylko utrzymać nieśmiertelną zjawę z dala od pozostałych, dopóki sprawa nie zostanie rozwiązana.
Lysandra
Wśród delegacji przybyłych do zamku znajdowała się Lysandra. Berholt rozpoznał ją natychmiast. Wszystko, co czuł do niej w Kaer Morhen, wróciło bez ostrzeżenia. Przykleił się do czarodziejki niemal od chwili spotkania i szybko przestał myśleć o kobiecie, która jeszcze niedawno podróżowała u jego boku.
Lyrra przez cały ten czas leżała nieprzytomna na wozie.
Kiedy sytuacja w twierdzy osiągnęła punkt krytyczny, Berholt stanął z mieczem przeciw duchowi dawnego lorda. Nie mógł go trwale zabić. Jego zadaniem było walczyć i kupić pozostałym czas. Podczas gdy Berholt raz za razem mierzył się z nieśmiertelną zjawą, Lis, Kot i Kruk znaleźli sposób na przełamanie nawiedzenia i doprowadzenie sprawy dawnej zbrodni do końca.
Twierdza została uwolniona, a spisek przeciw młodej parze udaremniony.

Odejście z Lysandrą
Po wykonaniu zlecenia Berholt pożegnał Lisa, Kota i Kruka. Nie ruszył z nimi na kolejną wiedźmińską robotę. Wybrał Lysandrę i odjechał razem z nią.
Lyrry nie pożegnał. Kiedy odzyskała przytomność, Berholta już nie było.
Na tym kończy się dotychczas rozegrana historia Berholta.

Berholt obecnie
Funkcjonujący alkoholik
Berholt potrafi wypić więcej niż większość ludzi i nadal mówić wyraźnie, chodzić prosto oraz wykonywać wiedźmińską pracę. Długa praktyka nauczyła go oceniać własne możliwości i funkcjonować mimo kaca. Ta sprawność pozwala mu utrzymywać przekonanie, że skoro nadal poluje, zarabia i dotrzymuje słowa, to panuje nad piciem.
Antał własnego bimbru jest częścią jego wyposażenia niemal tak stałą jak miecze. Alkohol pomaga mu zasnąć i odcina od wspomnień Próby Traw. Berholt potrafi znaleźć dla picia wiele praktycznych uzasadnień, ale osada drwali pokazała również jego mniej wygodną stronę: potrafi upić się podczas zlecenia i zaniedbać osobę, która przy nim została.
Nie uważa się za człowieka wymagającego pomocy. Problem istnieje dla niego dopiero wtedy, gdy uniemożliwia wykonanie roboty. Dopóki miecz trafia tam, gdzie powinien, Berholt łatwo uznaje każdy kolejny antał za własną sprawę.
Mutacje i zapach
Mutacje Berholta nie kończą się na wiedźmińskich oczach, refleksie i odporności. Jego skóra oraz pot mają charakterystyczną woń mokrego lasu, żywicy, żelaza i starej krwi. Ludzie szybko ją zauważają, a zwierzęta, zwłaszcza obce konie, zwykle reagują na nią niepokojem.
Jego własny koń stanowi wyjątek. Przyzwyczajony do wiedźmina nie reaguje na zapach jak inne zwierzęta. Dla Berholta jest to jeszcze jeden powód, by ufać zwierzęciu bardziej niż wielu ludziom: koń nie ukrywa motywów i zawsze jasno pokazuje, kiedy ma dość.
Poczciwy wiedźmin
Berholt łatwo zjednuje sobie prostych ludzi. Mówi ich językiem, nie patrzy na nich z góry i bardziej ceni jasną umowę niż tytuł czy pieczęć. Potrafi bez zastanowienia wejść w płonący budynek po obcego człowieka, a jednocześnie kilka godzin później upić się i ignorować kobietę, która dla niego porzuciła dotychczasowe życie.
Nie dzieli świata na ludzi i potwory. W osadzie drwali pozostawił wyższą wampirzycę w spokoju, ponieważ nikogo nie krzywdziła, a niespokojnego ducha chłopca uwolnił przez odkrycie prawdy zamiast zniszczyć go mieczem. Dla Berholta ważniejsze od natury istoty jest to, co rzeczywiście zrobiła.
Jego moralność nadal opiera się przede wszystkim na słowie, uczciwej umowie i niechęci do oszustwa. Nie oznacza to jednak, że sam zawsze postępuje dobrze. Historia Lyrry pokazuje granicę jego poczciwości wyraźniej niż jakakolwiek deklaracja. Berholt jej nie okłamał, ale też nie pożegnał kobiety, która towarzyszyła mu na szlaku. Kiedy ponownie spotkał Lysandrę, po prostu odjechał, zanim Lyrra odzyskała przytomność.
Lysandra pozostaje jego największym wyjątkiem. Człowiek, który nie cierpi niedopowiedzeń i ukrytych motywów, wobec niej od lat godzi się na niepewność. To, co wydarzy się dalej, nie należy jeszcze do jego biografii.



