Stworzenie świata, bogów i elfów
Kazanie Wielkiego Kapłana An'daelyona z Wiecznej Wieży
„O Początku Wszystkiego i O Dzieciach Atarosa”
Głoszone w Złotej Cytadeli, roku 487 przed Upadkiem, ku czci dnia Splotu Gwiazd
Tłumaczenie z języka ael'athrańskiego na wspólną mowę: Biblioteka Mędrców Aven'Thael
„Na początku nie było nic — a jednak był On. Ataros, Ten Który Płonie Wewnętrznym Blaskiem, Jedyny Przed Światłem. Nie był bogiem, jak ci, którzy przyszli później. Był ponad bogami. Był początkiem i iskrą.”
Zanim powstało niebo, zanim rzeki wyżłobiły doliny, zanim czas zatoczył pierwszy krąg — Ataros przemówił do nicości. Jego słowo nie było głosem, lecz siłą — i z tej siły wyłoniła się Forma. Z niej narodziły się pierwsze pary Bóstw, nie jako jego dzieci, lecz jako manifestacje idei, które ujrzały kształt w odbiciu jego woli:
Belion i Noxia, dobro i zło — oddech moralności.
Aeluna i Morvash, życie i śmierć — puls istnienia.
Erinos i Xyra, porządek i chaos — granice zmian.
Sylvran i Arkaneth, natura i magia — substancja i siła.
Luminar i Umbra, światło i ciemność — oczy bytu.
Nie było jeszcze ziemi, lecz była równowaga. Nie było jeszcze elfów — ale były przeznaczenie i cel. Bogowie, jak zwierciadła rozbitego światła Atarosa, poczęli spór — nie o władzę, lecz o prawo kształtowania.
Lecz Ataros, którego wolą jest ruch, nie był bezczynny. Z jego ciała wyrwała się kraina, którą nazwaliśmy światem, a w niej — nie z bożego oddechu, lecz z jego własnej krwi i łez — powstaliśmy my, elfy. Nie jako dzieci bogów. Jesteśmy dziećmi Jego samotności, Jego dumy, Jego cierpienia.
My — Pierworodni.
Nie nosimy błogosławieństwa żadnego z bogów, bo błogosławieństwo nosimy w duszach. Długowieczność, rozum, piękno, duma — to dziedzictwo Atarosa, a nie dar boskiej łaski. Bogowie zstąpili później, by nas sądzić, nęcić, karać — lecz nie byli naszymi stwórcami. Byli naszymi sędziami i świadkami.
Ale my trwamy. My — dzieci Atarosa, jego żywa pieśń. I jak długo wspominamy jego imię, jak długo rozbrzmiewa Echo Słowa, które uczyniło świat — tak długo trwać będziemy.
Rozwój Elfiego Imperium
Z zapisków Myr’Valiona Eryndora, elfiego badacza historii z Vaelynnoru, rok 412 Pierwszej Ery
W czasach, gdy plemiona elfów wciąż żyły w izolowanych grodach między pniami pradawnych drzew, narodziła się idea wspólnej tożsamości. Początkowo, towarzyskie spotkania starszyzny odbywały się przy ogniskach, gdzie śpiewano pieśni o Atarosie i rytualnie przekazywano legendy. Z czasem uświadomiono sobie, że pojedyncze klany nie przetrwają chaosu świeżo narodzonego świata.
Żar dusz objawił się w postaci Wielkiej Konwokacji, zwołanej nad brzegiem Morza Perłowego, w miejscu, gdzie później wzniesiono Vaelynnor. Tam właśnie, po raz pierwszy, przedstawiciele wszystkich plemion wspólnie zadekretowali utworzenie jednolitego Zjednoczonego Kręgu Elfów. Ustanowiono Radę Pięciu Rodów — wskazującą drogę rozwoju, łączenia magii i rzemiosła.
Pod przewodnictwem pierwszych Archonów, prowincje zaczęły się jednoczyć. W Gan’Thal, na południu, budowano pierwsze kamienne drogi, kreślące linie handlowe ku północy. Eran’Viel, mistrz budownictwa, opracował techniki łączenia marmuru z żywą korą drzew, co pozwoliło wznosić hale zgromadzeń zdolne przetrwać tysiąc lat. W tym samym czasie Zakon Arkanum — ówcześnie Zrzeszenie Astralnych Prądów — sformułował normy ochrony energetycznej, dzięki którym miasta nie płonęły od nadmiaru magii.
Handel i wymiana idei szybko objęły cały znany świat. Wyprawy karawan z bursztynem i jedwabiem z południa docierały na północne rubieże Galadionu, gdzie lokalni władcy ufundowali pierwsze instytucje nauki. Stopniowo każdy zakątek Imperium zyskał własne dziedziny specjalizacji — od hodowli kryształów eterycznych po połowy księżycowych meduz na Morzu Perłowym.
Siła Imperium nie wynikała wyłącznie z magii czy architektury, lecz z subtelnego połączenia plemiennych tradycji z ponadplemiennym porządkiem. Dzięki temu — i wspólnemu poczuciu odpowiedzialności za spuściznę Atarosa — elfy zdołały zbudować państwo, które w późniejszych wiekach obejmować miało cały kontynent. Choć po upadku pozostały jedynie enklawy w lasach Galadionu i Nimrandiru, pamięć o tamtym rozkwicie wciąż drży w kronikach i szepcze pod każdym liściem pradawnych drzew.
O Noxii i Jej Wiecznym Uwięzieniu
Kazanie Ostatniego Proroka Valyrionu
Wygłoszone w Wielkiej Sali Valyrionu, rok 998 Przed Kataklizmem
„Bracia i siostry, dzień ów nadszedł, gdy boska rada drżała z niepokoju. Noxia – Ta, Która Kusi – dążyła do zniszczenia samego istnienia, pragnąc zrównać świt i zmierzch, życie i nicość. Jej ambicją było stworzyć świat na własny obraz: pusty, wykrzywiony, skąpany w bezkresnym chaosie.
Zaniepokojeni, Bogowie zebrali się na Szczycie. Custos podnosił głos, by bronić porządku; Aeluna błagała o litość; Erinos wznosił rękę, by powstrzymać rewolucję; Xyra z gniewem domagała się pozwolenia na chaos; Luminar promieniował sądem; Umbra spoglądała chłodno, jak mgła przed zmierzchem. Tylko Arkaneth stanęła przeciw, twierdząc, że odrzucenie jakiejkolwiek cząstki istnienia zburzy równowagę wszechświata. Custos — już nie Belion — milczał, chcąc uniknąć bratobójczych sporów.
Lecz w końcu zapadł wyrok: Noxia miała zostać uwięziona w Otchłani — wymiarze utkanym z martwych obietnic i połamanych przysiąg, gdzie jej szept miał być przytłumiony przez tysiąc milczącym murów. To więzienie ma strzec całego stworzenia, a Custos został jego strażnikiem.
Dlatego ogłaszam:
Niech imię Noxii zatonie w Wielkiej Otchłani Zapomnienia.
Niech nasze usta nie wypowiedzą jej imienia, które kusi jak trucizna.
Niech milczenie będzie naszym mieczem przeciw powrotowi Upadłego boga.
Wiedzcie: jej moc wciąż rośnie w cieniu. Gdyby ktoś śmiał przywołać jej imię, zburzy mur ciszy i sprowadzi znowu zgliszcza. Lecz my — dzieci Atarosa — chroniąc pamięć o równowadze, zachowamy milczenie, póki bogowie trzymają klucze do Otchłani Niezmówionych.”
Złota Era Elfiego Imperium
Fragment Dziennika Ariona Vallera, Uczonego Ludzkiego, rok 753 Pierwszej Ery
Dziś otrzymałem niepowtarzalny zaszczyt – dostęp do resztek starożytnych archiwów elfów ukrytych w Galadionie. Las ten, kiedyś tylko marginalna prowincja rozległego imperium, przechowuje teraz fragmenty wiedzy o świetności, która już nigdy nie powróci.
Archiwum składa się z niekompletnych manuskryptów, spalonych kart i przechowywanych w wilgotnych grotach zwojów. Mimo powstałych ubytków, każdy dokument zdaje się jeden – wychwalający potęgę dawnych elfów. Imperium obejmowało kiedyś cały świat: od gorących, południowych wybrzeży Morza Perłowego aż po krańce mroźnego Nordlandu. Vaelynnor, stolica leżąca poza granicami kontynentu, przewyższała wyobrażenia – miasto z białych kolumn, obrzeżone niezliczonymi dziedzińcami, których marmurowe posadzki odbijały światło porannych pochodni.
Spis Rad Pięciu Rodów opisuje rozdział kompetencji: jeden ród pilnował dróg, drugi utrzymywał floty handlowe, trzeci zajmował się obroną granic, czwarty organizował administrację miejską, a piąty – badania magiczne. Zwoje mówią o tym jak drogi z polerowanego kamienia łączyły prowincje, jak nazwy milowych słupów wygrawerowano runami wskazującymi kierunek i odległość. Strażnice – oznaczone licznymi wieżami – rozpościerały się w odległości dnia marszu, zapewniając bezpieczeństwo szlakom.
Kolegium Mocy, zlokalizowane w głębi elfiej stolicy, nadzorowało badania nad rozwojem magii. Choć brakuje fragmentów szczegółowych instrukcji, odnajduję wzmianki o „przechwytywaniu gorączki magii” i o „obiegu energii”, dzięki czemu Vaelynnor nigdy nie gasła nocą.
Przeglądając te dokumenty, czułem ucisk w sercu: zachwyt nad wielkością cywilizacji i zarazem ból, że już nigdy nie dane nam będzie ujrzeć jej w pełni. Archiwa Galadionu, choć niekompletne, oddają obraz świata, który stanowił kamień milowy w historii Atrii. Nic z tego nie ocaleje – prócz kart, które trzymam w dłoniach i wspomnień, które będą drgały echem przez pokolenia.
Bunt krasnoludów
Fragment przemówienia Durgrana Czerwonobrodego, watażki krasnoludzkiego klanu Żelaznego Topora, wygłoszone po zwycięstwie nad hordami orków u stóp Gór Krańca Świata
„Bracia spod kamienia, corkowie głębi, słuchajcie!
Słuchajcie słów ostatnich dni niewoli — bo już nadchodzi wolność, jak młot nad czaszką pana!
Elfy, panoszące się jak bogowie, gdy ich Imperium lśniło jak ostrze wykute przez nasze ręce, stworzyły nas, gdy im się już nie chciało schylać po narzędzie. Gdy zapomnieli, jak się kuje, jak się ryje, jak się wznosi z popiołów potęgę — wtedy sięgnęli po kamień. Po nas.
Nie z czci. Z wygody.
Staliśmy się im rękami. Ramionami do dźwigania, karkami do garbienia, palcami do krwawienia. Pracowaliśmy w lochach i wieżach, o których nawet nie wiedzieli, że są możliwe — a oni brali nasze dzieła za swoje. Mówili: „Krasnolud? To tylko narzędzie. Maszyna z brodą.”
Ale kamień też pamięta. A my jesteśmy dziećmi głębi, nie ich marionetkami.
Gdyśmy powstali, runęły ich wieże. Gdyśmy sięgnęli po topór, drżały ich pałace. A co zrobili, gdy nie potrafili nas złamać? Gdy ich czary nie wystarczyły? Gdy miecz nie mógł nas przebić?
Stworzyli Orków.
Oh, tak — te dzikie bestie, zrodzone nie z planu, ale ze strachu. Elfy chciały nas zgasić ogniem — ale podsyciły pożar. Ulepili orkowie z naszej furii, naszą krwią karmili ich nienawiść. Ale nie zdołali ich ujarzmić. Tak jak i nas.
I dziś — spójrzcie! Spójrzcie na ruiny ich złotych stolic! Na wypalone lasy ich pychy! Na zbrukane ciałem orka ogrody, gdzie niegdyś chadzali jak bogowie. Dziś, bracia, nie ma bogów. Tylko popiół.
My — krasnoludy — nie będziemy już nigdy niczyim narzędziem.
Nie będziemy służyć, nie będziemy klękać, nie będziemy budować cudzych snów.
Będziemy żyć w głębi — po naszemu. I bić tych, co przyjdą z góry i powiedzą, że mamy znowu wziąć młot do ręki dla nich.
Niech gniją elfy. Niech płoną orkowie. Krasnoludy są wolne.
I nikt nas już nigdy nie ujarzmi.”
Kataklizm
Fragment opowieści nieznanego minstrela podczas jednego z długich, zimowych wieczorów.
„Słuchajcie więc, dzieci późnych dni, o prawdzie, którą wielu woli przemilczeć.
O tym, jak upadło to, co miało trwać wiecznie.
Byliśmy niegdyś panami całego świata — nie jako tyrani, lecz jako strażnicy harmonii. Nasze wieże sięgały nieba, a pieśni mędrców niosły się ponad oceanami. Złote wieki trwały bez końca, a nasza stolica — Vaelynnor — lśniła jaśniej niż wszystkie gwiazdy razem wzięte. Lecz nawet światło, gdy świeci zbyt długo, zaczyna oślepiać.
W czasie, gdy orkowie pustoszyły nasze wschodnie granice, a krasnoludy toczyły buntowniczą wojnę w głębi gór, z naszych własnych serc wykluła się ostatnia rana. Jego imię zostało wymazane z pieśni, ale jego czyny nadal są cieniem, który nas prześladuje. Pochodził z linii samych Władców Korony Słońca — był arcyksięciem krwi i nieprześcignionym mistrzem arkan. Nazywano go Czwartym Gwiezdnym Dziedzicem, ostatnim synem Vaelynnoru. Twierdził, że nasze upadki są skutkiem naszej stagnacji. Że bogowie nas porzucili nie dlatego, że byli niesprawiedliwi, ale że my — elfy — przestaliśmy ich godnie naśladować.
Zaczął głosić, że jeśli bogowie nie chcą prowadzić nas dalej, to trzeba iść ponad nich. Że można sięgnąć po moc, która zrówna śmiertelnych z boskością. Wielu uznało jego nauki za herezję, ale jeszcze więcej padło przed nim na kolana — z zachwytu, strachu lub nadziei. I tak narodził się jego Krąg — setki elfów, uczonych, kapłanów, szaleńców. W tajemnicy budowali ołtarze i runiczne ogniska w sercu Wieży Gwieździstego Ducha, w samym centrum Vaelynnoru.
Rytuał... był bez precedensu. Moc, jaką zgromadzili, sprawiłaby, że najwięksi magowie dziś — i przez tysiąc lat — wyglądaliby jak dzieci z latarniami. Ale coś... coś poszło nie tak. A może to bogowie zstąpili, by pokazać, że nie każdy płomień może zostać ujarzmiony.
Rytuał się załamał. Energia, której nie mogli już kontrolować, rozszarpała tkankę rzeczywistości. Nad Vaelynnorem rozbłysło światło jaśniejsze niż słońce, a potem przyszła burza. Magia... czysta, dzika, gniewna... wypełzła z rozpadlin w ziemi i powietrzu. Zniszczyła stolicę, pochłonęła wieżę, wypaliła linie krwi. Zamiast dumnego serca imperium, pozostała jedynie ziejąca rana — o której dziś nikt nie śmie się zbliżyć.
Imperium nie zginęło od miecza czy zdrady. Zginęło od pychy. W jednej chwili skończyły się wszystkie pieśni, a świat, który znaliśmy, spłonął. Krasnoludy zniknęły w górach, orkowie rozpierzchły się na stepy, a z burzy urodziły się nowe rasy — krótkowieczne, niespokojne, ale... obdarzone duchem, który może ich doprowadzić dalej, niż sądzą.
Tak zaczęła się Pierwsza Era. I tak kończy się opowieść o chwale, której już nigdy nie będzie.”
Pierwsza Era
Fragment prologu Kodeksu Pamięci, przepisany ręką brata Halverna z Monastyru Oświeconego, rok 612 Drugiej Ery
„Niechaj Płomień Wiedzy rozproszy Cienie Zapomnienia.”
Jam jest Halvern, pokorny sługa Prawdy, skryba i opiekun tomów spisanych w czasach, których już nikt nie pamięta. Słowa, które tu zapisuję, nie są mego autorstwa, lecz pochodzą z kruchych pergaminów i ust umierających świadków — niech Opatrzność nie pozwoli im zaginąć na wieki.
Gdy Złote Imperium Elfów zostało rozerwane przez Kataklizm, a jego stolica Vaelynnor spłonęła w ogniu własnej pychy, powstał czas pustki. Z burzy magicznego chaosu wynurzyli się pierwsi z nas — ludzie. Krótkowieczni, lecz liczni, słabi, ale nieustraszeni. To był wiek prób, w którym każde pokolenie musiało na nowo zdobywać świat.
W Atrii powstały pierwsze zorganizowane królestwa: Litharia, ziemia świętych gajów i praojców; oraz Efezjum, potęga na koniach i dymie kuźnic zbudowana. Ich granice rzadko bywały stabilne. Wojny o ziemię, wodę i złoto toczyły się niemal nieprzerwanie, a z nich wyrastały legendy — i groby. Na zachodzie, wśród dzikich nizin i słonecznych pól, wykiełkował zarodek wolności, lecz i nieładu: Borealis, ziemia wolnych miast, margrabiów, handlarzy i zbójców, która do dziś pozostaje jedynie w kruchej, wiecznie niepewnej koalicji.
Elfy, które przetrwały, skupiły się w swych dawnych enklawach: w Galadionie i Nimrandirze. Nie witali nas z otwartymi ramionami. Ich granice lśniły zaklęciami i ostrzami, a każdy krok śmiertelnego w głąb świętych lasów kończył się albo śmiercią, albo zapomnieniem. Krasnoludy... ach, te skryte dzieci kamienia! Zamknęły swoje bramy po rebelii i Kataklizmie, wznosząc w górach twierdze bez okien, gdzie światło nie dochodzi. Choć później handlowali z nami — nigdy nas do końca nie zaakceptowali, pamiętając, jak to elfy ich stworzyły, a orkowie miały ich zgładzić.
A orkowie... nie wyginęły. Wędrujące hordy z dalekiego wschodu spadały na granice niczym plaga. Ich ciała silne, ich serca pełne nienawiści — nie znały litości, ani prawa, ani nawet króla. Ich przybycie często zwiastowało tylko popiół.
Nie mniejszym zagrożeniem była czarna magia. Ludzie, pozbawieni nieistniejących jeszcze mistrzów, sięgali po moce, których nie pojmowali. Powstały pierwsze zakazane kręgi, pierwsze bluźniercze rytuały. Podszepty Upadłego wciąż trafiały do ucha głupców. I niektórzy z nich słuchali.
A mimo to, w tym wszystkim, człowiek nie tylko przetrwał. On zbudował. Z ruin i legend, z błota i popiołu — nowy świat zaczął wstawać na drżących nogach. I choć żaden tron nie był jeszcze pewny, a żadne królestwo wieczne — ludzkość zyskała głos, który nie chciał już milczeć.
Niech ten głos zostanie zapamiętany.
Wielka Plaga
Oto kazanie Wielkiego Protektora, wygłoszone w Świątyni Custosa w roku 850 Drugiej Ery
„Słuchajcie i pamiętajcie, dzieci Custosa, bo dziś jest dzień Światła wśród Cieni.
Osiemset pięćdziesiąt lat temu świat stał na krawędzi unicestwienia.
Nie z rąk imperiów, nie przez miecz, głód czy zdradę — lecz przez mrok ludzkich dusz. Otchłań, miejsce to nie ma początku ni końca, ni kierunku, ni litości, miejsce gdzie uwięziono Upadłego — tego, którego imię zamarło na ustach mędrców, ale którego szept przetrwał czas.
Gdy jego wpływ rozrósł się w sercach ślepych i chciwych, kultyści zdzierali runy z kamieni świętych, a czarni magowie otwierali bramy, których nie wolno było tknąć. Ziemia nasiąkła krwią niewinnych, i to wystarczyło. Otchłań się rozwarła.
Z głębin piekieł wyszły stwory, których nie opisze żadne pióro — demony ognia i strachu, trujące pomioty pełzające jak cień i krzyk, istoty bez duszy, lecz z nienawiścią większą niż wszelkie zło. Upadły, choć w kajdanach, rzucił swój cień na nasz świat. Miasta upadały, pola zamieniały się w śmierć, a bracia walczyli z braćmi opętanymi mrokiem.
Wtedy właśnie — gdy wszystko wydawało się stracone — w Górach Granicznych powstał Ostatni Bastion. Tam, pod sztandarem Szarej Gwardii Custosa, stanęli ramię w ramię ci, którzy nigdy nie byli sojusznikami: człowiek z Litharii, krasnoludzki król spod Gór Ciernistych i elf z lasów Ashael. Trzech Bohaterów, trzech Obrońców Świtu. To ich imion dzisiaj nie wypowiem, nie z braku szacunku — lecz z pokory. Oni nie szukali chwały. Oni nie szukali pieśni. Oni chcieli tylko ocalić świat.
Na murach Bastionu, gdzie śnieg topniał od piekielnych płomieni, a niebo pękało od ryku demonów, przez siedem dni i siedem nocy trwała ostatnia obrona. Ciała paliły się szybciej niż ziemia mogła je przyjąć. Lecz śmierć była tańsza niż zdrada, i każdy wojownik Custosa przysięgał oddać życie, zanim ugnie się przed Otchłanią.
I gdy nadszedł dzień ósmy — kontratak. Trzy armie, zjednoczone, ruszyły przez spustoszoną Atrię. Każdy krok był modlitwą, każdy miecz — odpowiedzią. Pod murami spaczonych twierdz, w mrocznych jaskiniach i świątyniach zapomnianych bogów, święci i potępieni walczyli ramię w ramię.
Aż w końcu... Ostatnia Brama Otchłani. Trzej Bohaterowie, wiedząc, że powrotu nie będzie, weszli w mrok, by ją zamknąć od środka. Zginęli, ale zamknęli to, co nie powinno nigdy być otwarte.
I tak zakończyła się Wielka Plaga. I tak rozpoczęła się Druga Era.
Bracia i siostry, dziś obchodzimy ten dzień jako święto jedności, odwagi i poświęcenia. Ale niech nikt nie sądzi, że to koniec.
Upadły nie śpi. Upadły nie zginął. Jego szepty wciąż rozbrzmiewają w ciemnych zakątkach dusz i w sercach tych, którzy chcą więcej niż im dane. Dlatego czuwajcie. Dlatego módlcie się. Dlatego nie zapominajcie. Tylko nasza czujność może powstrzymać Drugą Plagę.”
Druga Era
Zapis z dziennika Thorkela Ciernobrodego, podróżnika i kartografa z Gildii Geomantów Głębokiej Kuźni. Rok 214 Drugiej Ery.
„Gdy słońce ponownie wzeszło nad Atrią, było to światło blade i ostrożne. Ogień Wielkiej Plagi wypalił ziemię, ale nie ducha tych, co przetrwali. Krasnoludy — jak zawsze — schodziły głęboko, by przeczekać burze. Gdy zaś piekielne wrzaski umilkły, otworzyliśmy wrota naszych twierdz i ujrzeliśmy świat w ruinie.
Na północy ludzie odbudowali Królestwo Litharii — krainę zimnych lasów i żelaznej woli. Twardzi, niezłomni, prowadzeni przez wojennych władców i dumne rody. Na południu zaś powstało z popiołów Imperium Efezjum — starsze, bardziej wyrafinowane, ale nie mniej okrutne, pod berłem cesarzy wierzących, że to oni utrzymują świat w ryzach. I tak, jakby zaraza nie nauczyła ich pokory, wkrótce znów zatęsknili za wojną. Ich armie ruszyły ku sobie, a ziemia znów nasiąkła krwią.
Między nimi, jak kamień między młotem a kowadłem, miasta Borealis — wolne, niespokojne, różnorodne. Mądrze uczyniły, jednocząc się w Konfederację, zawiły sojusz kupców, najemników i mędrców. Nie mają cesarzy ni królów, ale mają złoto i statki, i nikomu nie ustępują bez walki.
A jednak, pod tą cienką skórą cywilizacji coś nadal się porusza. Niedobitki pomiotów — zmutowane, dzikie — czają się w podziemiach i lasach. Słyszałem szeptów o nieumarłych na południu, gdzie stare grobowce zostały sprofanowane przez mroczne rytuały. A za Górami Granicznymi — orcza rejza, krwawy ślad, który wypala całe wsie.
Odbudowujemy. Kamień po kamieniu. Ale coś we mnie mówi — to tylko cisza przed kolejną burzą.”
Czasy obecne
List z pieczęcią nieznanej szkoły magicznej, odnaleziony w ruinach wieży na pograniczu Litharii i Efezjum. Rok 850 Drugiej Ery.
Drogi Aldare,
Piszę do Ciebie z wieży na szczycie Przełęczy Cichych Wiatrów. Tu, gdzie królestwa ścierają się nie mieczem, lecz spojrzeniem, czuję... napięcie. Świat wydaje się spokojny, niemal zbyt spokojny.
Litharia i Efezjum trwają w kruchej równowadze, ostrząc miecze w ukryciu, choć z pozoru prowadzą rozmowy. Obie strony wiedzą, że wojna byłaby zgubna — i dla nich, i dla nas wszystkich. Ale wiem, że w radach obu stolic już roją się plany marszów i oblężeń. Wiem to, bo słyszę szepty. Magia pamięta, nawet jeśli ludzie zapomnieli.
Konfederacja Borealis, jak zwykle, gra po obu stronach, bogacąc się na żelazie Litharii i jedwabiach Efezjum. Ich kupcy i kapitanowie uśmiechają się uprzejmie, ale ręce mają w krwi i złocie po łokcie. Ponoć nawet wspierają piratów, by utrzymać balans sił. Gdy piszę te słowa, statki z Nordlandu pustoszą wybrzeża, a Konfederacja płaci haracz w srebrze, by choć część portów ocalała.
Na północnym wschodzie orkowie znów się ruszają. Przeszli przez Próg Krańca Świata i spalili trzy wioski przy granicy Litharii. Nocą, na południu, nawet powietrze drży. Mówią, że nieumarli znowu wypełzają z podziemi, a w cieniu ruin starych świątyń Efezjum płoną czarne ognie.
Wszyscy udają, że to nic — że to tylko pogłoski, że świat trwa, że czasy wielkiej ciemności odeszły. Ale ja czuję, że coś się zbliża. Nie wiem co, ani kiedy, ale wiem, że przyszłość znów zadrży.
Nie spal tego listu. Może wkrótce okaże się przestrogą.
Z wyrazami troski,
Twój w cieniu,
N.